Zbyt bardzo romantyzuję niektóre rzeczy. Na przykład tak małe rzeczy, jak suche jesienne liście chrupiące pod moimi glanami, kiedy po nich stąpam. Albo deszcz spływający po szybie, kiedy jedziemy samochodem, jest ciemno, miasto jest tłoczne, a w słuchawce leci ulubiona w tym momencie piosenka.
Albo papierosy, chociaż zdaję sobie sprawę, że są niezdrowe. Niewielki zwitek trzymany między bladymi, długimi palcami, kiedy na paznokciach jest na wpół zdrapany czarny lakier. Dym wypuszczany z zaróżowionych ust.
Albo związki. To jest akurat najdziwniejsze, bo nie umiem odróżniać u siebie miłości romantycznej od platonicznej, a jednak wyobrażanie sobie tych wszystkich interakcji zostawia pewien niedosyt.
Romantyzuję także śmierć. Chociaż się jej boję, wydaje się czasem atrakcyjna. To wtedy tak naprawdę okazuje się, kto prawdziwie cię kocha. Kto przyjdzie na twój grób nie tylko we Wszystkich Świętych, albo nie tylko na pogrzeb. Może dlatego tak łatwo przychodzi mi pisanie angstu.
Najbardziej jednak romantyzuję życie. Moje najdrobniejsze, głupie myśli. Moje ciało, chociaż nie podoba mi się w nim tyle rzeczy. Moment, kiedy biorę oddech, a chłodne powietrze pachnie tak słodko i rześko. Nie wyobrażam sobie tego stracić.
dion
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz